Zapomniana katastrofa - Dzieje Miasta

Przejdź do treści

Menu główne:

Zapomniana katastrofa

Artykuły

ZAPOMNIANA KATASTROFA KOLEJOWA
24 lutego 1954 roku




W lutym 2009 roku minęło 55 lat od katastrofy, która miała miejsce tuż obok dworca kolejowego w Świebodzicach. Skutki tego zdarzenia były tragiczne – zginęło ponad 10 osób, a kilkadziesiąt zostało rannych.

Akcja ratunkowa została zorganizowana błyskawicznie przez młodziutką felczerkę panią Zofię Marzec, obecnie Nossel, zatrudnioną od pięciu miesięcy w przychodni przy zakładach „Rafio” i Fabryki Mebli w Świebodzicach. Oba te zakłady zlokalizowane były tuż przy dworcu kolejowym.

Oto co opowiedziała pani Zofia Nossel:

Dzień 24 lutego 1954 roku zaczął się jak każdy. Tak jak codziennie rozpoczęłam dzień pracy w przychodni przyzakładowej. Pracowałam tam zaledwie od pięciu miesięcy jako felczer. Od początku mojej pracy szkoliłam drużynę sanitarną składającą się z około 30 młodych kobiet i kilkunastu mężczyzn – ochotników zarówno z „Rafio” jak i z Fabryki Mebli. Nigdy nie pomyślałam, jak bardzo już wkrótce owo szkolenie będzie potrzebne, gdy tak blisko rozegra się straszliwa tragedia, o której nawet dziś, choć minęło 55 lat opowiadać nie jest mi łatwo...

Około godziny 11.00 przechodziłam z Fabryki Mebli do „Rafio”. Do dworca kolejowego zbliżały się z przeciwnych stron dwa pociągi: pośpieszny z Warszawy i towarowy od strony Wałbrzycha. Na platformach pociągu towarowego leżały ogromne pnie drzew spięte łańcuchami. Oba pociągi mijały zakręt, gdy nagle owe potężne bale uwolnione z zabezpieczeń uderzyły z niebywałą siłą w wagony pociągu osobowego wypełnionego podróżnymi.

Widziałam to na własne oczy i obraz ten pozostanie ze mną na zawsze, bo widzę go wciąż dokładnie choć minęło ponad pół wieku.

Wagony towarowe stawały pionowo, jak lekkie zabawki. Pnie drzew toczyły się po torowiskach, inne uderzały w wagony osobowe przecinając wagon sypialny, I klasy i częściowo trzeci wagon, niszcząc lokomotywę. Te wagony stały jakby wciśnięte w ziemię – wejścia do nich znalazły się na poziomie chodników peronu, boczne ściany zostały oderwane i zmiażdżone. Pasażerowie, którzy stali na korytarzu zginęli. W przedziałach ławki z prawej i lewej strony były prawie złączone ze sobą – wszyscy ludzie znajdujące się w przedziałach doznali otwartych złamań i bardzo ciężkich obrażeń. Słyszałam rozpaczliwe, pełne bólu krzyki ludzi.

Wbiegłam do zakładu i natychmiast rozpoczęłam organizowanie akcji ratunkowej w czym pomogła ogromnie ówczesna dyrektorka pani Tylek. Gdy z drużyną ratowniczą dobiegliśmy na miejsce katastrofy, część rannych została już wyniesiona i ułożona obok rozbitych wagonów. Zabitych ułożono w szeregu. Widok był makabryczny. Ofiary katastrofy wynosili młodzi mężczyźni, jednakowo ubrani. Gdy zorientowali się, że przybywa pomoc, wszyscy zniknęli cicho i nie wiadomo kiedy. Dopiero potem okazało się, że byli to więźniowie – lotnicy, których wieziono do pracy w kopalni uranu w Kowarach. Pasażerowie z nieuszkodzonych wagonów udali się ( jak mi potem powiedziano) do kościoła, aby podziękować Bogu za uratowanie życia.

Trzeba było natychmiast zająć się rannymi. Leżeli na ziemi, wszyscy z otwartymi ranami, z wystającymi ułamkami kości, w pozycji podkurczonych nóg. W takich pozycjach musieli być wyciągani spomiędzy zaciśniętych ławek, które ich okaleczyły. Do ułożenia ich na twardym podłożu użyliśmy drewnianych palet tzn. surowych drzwi do montowanych w sąsiednich zakładach mebli znoszonych przez robotników. Trzeba też było jak najszybciej zatamować krwotoki z rozerwanych tętnic. Nie mieliśmy jednak odpowiednich opasek. Użyłam do tego pończoch, które kobiety z „Rafio” zdjęły z nóg. Pamiętam – jakby to było wczoraj – mężczyznę biegnącego z naręczem damskich pończoch. Co 10 – 15 minut podchodziłam do rannych, by zwolnić ucisk i umożliwić przepływ krwi. Przypominały mi o tym pielęgniarki zatrudnione w Fabryce Mebli i „Rafio”. Każdy z rannych otrzymał leki przeciwbólowe i uspokajające, które dostarczała apteka ze Świebodzic.

Po 30 – 40 minutach zaczęły przyjeżdżać karetki – było ich bardzo dużo. Stały w długim szeregu, czekając na swoją kolej, ale żaden z lekarzy nie wysiadł z samochodu i nie pomógł mi przy rannych. Do dziś nie wiem dlaczego, tak jak nie wiem dlaczego nie uzyskałam pomocy od dwóch lekarzy ordynujących wówczas w Świebodzicach.

Akcja ratownicza zakończyła się około godziny 16. Ranni odjechali do pobliskich szpitali – każdy przygotowany do transportu, unieruchomiony na drewnianej palecie, z opaską uciskową poniżej krwawiących ran podudzi, z wałkiem pod podkurczonymi nogami. Te wałki kobiety zrobiły z konopi dostarczonych z pobliskiego „Defalinu” i tkanin z „Rafio”. Jeszcze raz potrzeba stała się matką wynalazków. Zabitych przewieziono do kaplicy cmentarnej.

Zapadał wczesny zmierzch i w pewnym momencie zorientowałam się, że jestem sama jakby na polu bitwy. Podszedł do mnie jakiś kolejarz i zapytał, czy chcę zobaczyć lokomotywę. Poszłam za nim i ujrzałam widok tak przerażający, że nie mogę go opisać. Mogę tylko powiedzieć tyle – lokomotywa została zgnieciona jak harmonijka, a przecież wewnątrz tez byli ludzie .Na miejscu tragedii nikogo już nie było. Wracałam do domu na ulicę Pstrowskiego ( dziś Skłodowskiej ) w ubraniu przesiąkniętym całkowicie ludzką krwia. Nikt nie okrył mnie nawet prześcieradłem. Nie poszłam do mojego mieszkania, ale do sąsiadek – pani Zofii i Lucyny Szable. One przygotowały mi kąpiel i rozebrały ze sztywnego od ludzkiej krwi ubrania, które potem spalono. Dopiero druga kąpiel pozwoliła mi się dokładnie umyć, pierwsza woda była czerwona od krwi. Potem zaprowadzono mnie do pokoju, gdzie było przygotowane łóżko ze świeżą pościelą i termoforem pod kołdrą. W pokoju było ciemno – odchyliłam kołdrę i usiadłam na tym termoforze i wydało mi się, że usiadłam na głowie człowieka, którą odciętą od tułowia trzymałam w rękach na peronie. Krzyknęłam przeraźliwie – i wtedy dopiero dostałam ataku płaczu. Myślę, że miałam szczęście, gdyż ze łzami spłynęło całe niewyobrażalne napięcie w jakim byłam od momentu zetknięcia się z ofiarami wypadku.

A potem rozpoczęło się śledztwo.

Prokurator z Wrocławia zadzwonił do zakładu i rozkazał mi przyjechać do prokuratury. Odpowiedziałam, że nigdy w życiu nie wsiądę do pociągu. Zagrożono mi aresztowaniem. Nie bałam się aresztowania – było niczym w porównaniu z przerażeniem, jakim napawała mnie nawet myśl, że mogę wsiąść do wagonu kolejowego. Zdecydowano, że do Wrocławia zawiezie mnie samochód milicyjny. W prokuraturze nie zadano mi żadnego pytania o przebieg katastrofy i akcji ratowniczej. Śledztwo oscylowało wyłącznie wokół zbiegłych lotników: jak wyglądali, ilu ich było, etc. Okazało się, że zabrali oni broń rannemu oficerowi z eskorty. Szukano ich długo urządzając obławy. Nigdy nie dowiedziałam się z jakim rezultatem.

Nadszedł 1 maja. Na akademii poproszono mnie na podium i dyrektor wydziału zdrowia w Świdnicy pan Kasprowicz wręczył mi malutki dyplom, który potem pięknie oprawiłam. Dyrektor Kasprowicz powiedział mi, że przyznano mi wysoką nagrodę. Nigdy jej jednak nie otrzymałam. Przez wiele lat otrzymywałam za to kartki odludzi, którym pomogłam. Odnaleźli mój adres, dowiedzieli nazwiska i dawali wyraz swojej wdzięczności. Dlaczego jednak ja nigdy nie pojechałam do tych ludzi, dlaczego nie odwiedziłam ich w szpitalach? Byłam wewnętrznie zdrętwiała; nikt wówczas nie słyszał o pomocy psychologicznej.

Wiele lat później sprawą katastrofy zainteresował się redaktor Orlicz autor wielu filmów o wielkich katastrofach w Polsce. Sprawa jednak nie ma dalszego ciągu.

Sądzę, że żyje jeszcze wielu mieszkańców Świebodzic, którzy nie tylko pamiętają to straszne wydarzenie, ale osobiście pomagali ratować ofiary katastrofy i w nich tak samo jak we mnie tkwią wyraźne obrazy zdarzeń, od których nie można się uwolnić.

 
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego